Prawdziwy świat wykraczał poza zrozumienie, które Lucy była gotowa ogarnąć. Myślała, że idąc z przyjaciółmi na ich kolejną, wspólną przygodę, wróci do dawnej siebie — przynajmniej w części. Jednak po kilku dniach spędzonych w ich towarzystwie odkryła, że to niemożliwe.
Zbliżali się do Bard Town. Na noc rozłożyli
obozowisko przy starej kopalni, przy samym jego wejściu, gdzie robotnicy
zostawili swoje narzędzia, jakby uciekając w popłochu przed potworami kryjącymi
się w podziemiach. Nierzadko kopalnie skrywały tunele, do których człowiekowi
nie wolno było wchodzić. Ludzie ignorowali te prawa, wdzierając się po
drogocenności, które nigdy nie należały do nich. Natura nie wybaczała, a ciała
robotników znajdowano po latach, gdy w końcu grupa magów decydowała się zbadać
podejrzane tunele.
Ze względów bezpieczeństwie Lucy rozrysowała
runy przed wejściem. Zmówiła starą, prawie zapomnianą modlitwę, którą kiedyś
usłyszała od umierającej staruszki, a która pozwalała bezpiecznie spędzić noc w
niebezpiecznej okolicy. Modliła się zawsze, gdy jej życie było zagrożone, i
dożyła starości.
— Lucy, naprawdę tego nie potrzebujemy —
odburknął Gray, przekładając na bok przypiekające się kawałki mięsa.
— Daj jej robić, co chce — skarciła chłopaka
Erza. — Lucy, nie przejmuj się. Zaakceptujemy wszystkie twoje dziwactwa.
Bez względu na zdanie innych, kontynuowała.
Znaki nie były wyraźne, więc nie zadziałają właściwie, jeśli nadejdzie
zagrożenie. A skoro tutejsi robotnicy zostawili za sobą cały dorobek życia i
nigdy po niego nie wrócili, to ta kopalnia skrywała większe niebezpieczeństwo
niż początkowo mogło się zdawać.
Tylko nie rozumiała jedzenia. Pojemniki z
zepsutymi kanapkami leżały porozrzucane przed wejściem do kopalni. Nadgryzły je
dzikie zwierzęta, ale nie zjadły. Coś je odstraszyło w trakcie posiłku. Dalej
zauważyła kurtki, przybory, nawet dokumenty, które zostawiało się przed
wejściem do podziemi.
— Naprawdę nikt po to nie wrócił? — zdziwiła się
kobieta.
Przeszła przed runy, które rozproszyły się wraz
z jej wejściem na drugą stronę. Dotknęła ścian — chłodnych, po których ściekały
krople wody. Lucy starła je z zimnej powierzchni i roztarła między palcami.
Struktura tej wody była dziwna. Nie przypominała krwi, ale była gęstsza od
zwykłej wody.
— Lucy, gdzie jesteś? — zainteresował się w
końcu Natsu. Trzymał dwa kawałki mięsa — jeden dla siebie, drugi dla Lucy.
Nie odpowiedziała mu. Ruszyła wgłąb kopalni.
Przesunęła kilka desek przed zejściem do podziemi, nie wyglądały na zniszczone.
Gdyby dzika bestia przedarła się przez nie, nic by nie zostało z belek.
Lucy chwyciły coraz większe wątpliwości. W tej
kopalni wydarzyło się coś, z czym jeszcze się nie spotkała. W innych
okolicznościach zostawiłaby kopalnię, ale skoro zbliżali się do Bard Town, to
wolała zabezpieczyć się przez ewentualnymi niespodziankami. A kopalnie często
ciągnęły się po wioski.
Przeszła kawałek. Zapaliła jedną z wiszących
obok pochodni, kolejne zajęły się ogniem przez ciągnący się wzdłuż całej
kopalni lont, który otaczał pochodnie. To sugerowało brak gazów.
Nagle zauważyła leżącą przy ścianie rękę.
Podbiegła, młody mężczyzna leżał na ziemi z wbitym kilofem obok niego. Lucy
trąciła górnika nogą. Nie poruszył się. przykucnęła przed nim, przewróciła
mężczyznę na plecy i zbadała jego puls. Żył. Przyłożyła palce pod jego nos. Ku
jej zaskoczeniu, oddychał normalnie. Wyglądał tak, jakby spał.
Odwróciła się i pobiegła w kierunku obozu, nie
zamierzała zapuszczać się głębiej. Nie znała układu kopalni, poza tym z
jakiegoś powodu ten mężczyzna zasnął. Lucy nie zamierzała sprawdzać, czy
odpowiedź kryła się w głębiach kopalni.
Powoli wróciła do obozowiska. Sprawdziła jeszcze
raz runy w razie, gdyby coś faktycznie zamierzało wydostać się z kopalni, a
potem przysiadła się do reszty.
— Gdzie byłaś? — zainteresował się Gray, podając
jej ostatni kawałek mięsa.
— W kopalni, nie podobało mi się... — zaczęła,
ale przerwał jej ostry głos Erzy:
— Czy ty naprawdę stałaś się AŻ tak
nieodpowiedzialna?! — Chwyciła Lucy za ramiona i potrząsnęła nią. Mówiła dalej:
— Lucy, ty nie masz ze sobą gwiezdnych duchów. Jesteś bezbronna!
Odtrąciła przyjaciółkę.
— No i co z tego? — zapytała ironicznie. — Wy
macie prawo zachowywać się nieodpowiedzialnie, a ja już nie? Erza, proszę cię,
poszłam tylko sprawdzić kopalnię. poza tym, nic by mi się nie stało. Natsu
usłyszałby mnie w każdej chwili.
— Ale mógł nie zdążyć!
— Wróciłam! Czy tylko wy macie prawo, żeby
zachowywać się nieodpowiedzialnie? Przez cały ten czas sobie radziłam. Sama.
Niekoniecznie z pomocą gwiezdnych duchów, więc czemu uważasz mnie za słabą?
Erza umilkła. Cofnęła się i usiadła bliżej
Graya, kładąc na jego ramieniu głowę. Pogładził jej szkarłatne włosy,
pocieszając. Nie tego spodziewała się Lucy, ale skoro traktowali ją w ten
sposób, to zjadła i odeszła od ogniska. Sama.
Wyszła na świeże powietrze. Zaczerpnęła go,
biorąc głęboki wdech, po czym usiadła wśród traw i zamknęła oczy. Magia. Jej
cząsteczki wirowały dookoła. Inne niż wcześniej, ale wciąż żywe, trwające w świecie
ludzi. Noc przyniosła błogosławieństwo dawnych wierzeń, które wiele osób nie
rozumiało. Zapomnieli o mocy płynącej z nocy, o sile istniejącej w dzień.
Wyciągnęła dłoń i zgromadziła w niej cząsteczki
magii. Zamknęła je w pięści — rozgrzały ją do czerwoności, nie potrafiła ich
dłużej utrzymać, więc puściła drobinki.
Usłyszała za sobą kroki. Obejrzała się przez
ramię, prosto na Natsu, który przysiadł się obok. Położył na jej kolanach
zapakowany kawałek ciastka.
— Pewnie od dawna nie jadłaś niczego słodkiego.
Są... smaczne, dają siłę — wymruczał niewyraźnie. — Jesteś silna, nie słuchaj
ich...
— Jeszcze nie tak dawno sam potraktowałeś mnie
tak, jakbym nic nie znaczyła — wypomniała ich ostatnią walkę.
— I trochę skopałaś mi tyłek — zauważył, choć
mocno nagiął fakty.
Lucy parsknęła śmiechem i pokręciła głową, nie
wierząc, że Natsu w ten sposób próbuje ją pocieszyć.
— Nie żartuj sobie, to ja oberwałam najmocniej.
— Tak, bez gwiezdnych duchów, z jednym biczem na
zwierzęta, zmęczona i głodna, na dodatek naprzeciwko pogromcy smoków ognia.
Nieźle. Aż bałbym się bić z tobą, gdybyś miała ze sobą gwiezdne duchy. Wtedy
zbieraliby mnie z podłogi! — wykrzyczał na pustkowie, a potem zamilkł.
Popatrzył się na Lucy w ciszy i delikatnie
uśmiechnął, ujmując jej dłoń. Przymknął oczy, uniósł jej rękę i ucałował
wierzch skóry. Wraz z oddech wpuścił do niej odrobinę swojej magii, wiecznego
ognia smoka. Magia została w jej pięści zamknięta.
— To na zaś — wyjaśnił nieśmiało. — Wiem, że
walisz mocno, więc jak coś, użyj mojego ognia. Na pewno z przeciwników zostanie
tylko pył.
Lucy się zarumieniła.
Nigdy wcześniej... Natsu nie podarował jej
ognia, by mogła walczyć. Zawsze pojawiał się wtedy, gdy potrzebowała jego
pomocy; ratował z każdej opresji, nigdy nie dał jej szansy, aby sama zawalczyła
o wygraną. Oprócz tego pierwszego razu.
— Kocham cię — wyznał, kiedy się tego nie
spodziewała. — Zawsze cię kochałem, więc...
Ciało nie usłuchało Lucy. Był to odruch,
chwilowa słabość, na którą sobie pozwoliła tej nocy, akt skromnej czułości.
Lucy pocałowała Natsu — musnęła jego wargi
delikatnie i równie szybko uciekła od jego ust, zasłaniając swoje.
— Przepraszam — wyrwało się jej.
— Przepraszam — powtórzył po niej Natsu.
Wstał i odszedł, zostawiając ją w samotności do
końca tej nocy.
Ogień tkwiący pod jej skórą nie zanikł i, co
dziwniejsze, przeniósł się na jej wargi, chwilę później wypełniając całą twarz
przyjemnym ciepłem.
***
Lucy nie śmiała spojrzeć na Natsu po tym, co
zrobiła poprzedniej nocy. Zajęła się pakowaniem rzeczy i pilnowaniem Maurego,
który w niczym im nie pomagał. Siedział wgapiony w niebo. Najwyraźniej Erza i
Gray nie mieli nic przeciwko temu, zajęli się swoimi sprawami i nie zwracali
uwagi na chłopca od dłuższego czasu.
Wykorzystała tę okazję.
Przysiadła się do Maurego i zagadnęła go:
— Jak się czujesz?
Zadrżał. Nie zauważył Lucy, więc gdy tylko
dotarło do niego, że ktoś siedzi obok, natychmiast się odsunął.
— W... W porządku. — Złapał się za ramiona. —
Bardzo w porządku. Zaraz pójdziemy do miasta. Super.
Znów zadygotał ze strachu. Lucy pod wymówką
sprawdzenia mu temperatury, dotknęła jego czoła. Odepchnął jej rękę i uciekł w
stronę Erzy. Objął ją w pasie, powtarzając, że ją kocha najmocniej na świecie
— Mamo, nie zostawisz mnie? — dopytał się Maury.
— Nigdy — zapewniła go kobieta. — Spokojnie,
wszystko będzie dobrze. Obiecuję.
Kiwnął głową na znak, że akceptuje jej
obietnicę, ale zaraz odwrócił się i smutek znów pojawił się na jego twarzy.
Lucy nie podjęła kolejnej próby. Wróciła do
swoich sprawunków. Zastanawiała się również, co zrobić z odkryciem w kopalni.
Mężczyzna spał w środku. Podejrzewała, że nie jako jedyny. Nie znalazła po
drodze więcej ciał, bo odeszła, nim zaszła zbyt daleko.
Nie wspomniała o swojej przygodzie reszcie. Erza
i Gray pewnie wiedzieli o niebezpieczeństwach kryjących się w okolicach Bard
Town, w przeciwieństwie do Happy'ego i Natsu, którzy podążali za resztą.
Wzięła głęboki wdech. Ociągając się z podjęciem
tematu, niczego nie wskóra.
— Znalazłam w kopalni śpiącego górnika.
Nastała cisza.
Erza opuściła plecak. Rąbnął o pniak, który
położyli przed ogniskiem. Rozległ się trzask, jakby w środku pękło lustro.
— Kiedy... — zaczęła pytanie. Lucy odpowiedziała
szybciej:
— Wczoraj, zaraz przed tym jak na mnie
nakrzyczałaś. O to chodzi? W wiosce ludzie zasypiają?
— Bogowie, Lucy, dlaczego wcześniej nam o tym
nie powiedziałaś? — Erza upadła na ławę. Złapał się za głowę i jęknęła z bólu. —
Tak, okolice Bard Town ostatnio zasłynęły z tych zaśnięć.
— Ludzie przyjeżdżali tutaj na wycieczki. Jakby
śpiący ludzie byli czymś w rodzaju rozrywki — dodał od siebie Gray. — Mieliśmy
zbadać tę sprawę. przynajmniej na początku.
— Sprawy wymknęły się spod kontroli — Erza
wróciła do swojego przemówienia. — Ludzie zaczęli padać. W biały dzień, jakby
usypiali. Chcieliśmy kontynuować misję, ale... — W tym momencie spojrzała na
Maurego. — Znaleźliśmy naszego nowego synka. — Uśmiechnęła się ciepło. — Okazał
się ważniejszy od misji.
— Aha... — odparła mało przekonywującym głosem
Lucy.
Erza i Gray nie wyjaśnili nic więcej. Przerwali
w tym samym momencie wyuczony test, który ktoś dla nich przygotował. Dwójka
magów Fairy Tail opuściła mieszkańców w potrzebie? Dobry żart. Prędzej
oprowadziliby dziecko do najbliższej wioski i wrócili uporać się z problem.
Stało się inaczej.
Podejrzenia Lucy się pogłębiły, w szczególności
te wobec Maurego. Obiecała sobie, że będzie miała go na oku. Póki co udała, że
akceptuje ich wyjaśnienia. Spakowała się i jako pierwsza ogłosiła, że jest
gotowa do dalszej wędrówki.
Doszedł do niej Natsu.
Szturchnął ją w ramię, na co posłała mu łagodny
uśmiech. Za blisko... Za ciepło...
Od ostatniego wieczora czuła się niezręcznie w
otoczeniu Natsu, którego pocałowała. Pozwoliła sobie na chwilę czułości. Nie
powinna. Nie tylko dlatego że zostawił ja na ponad dwa lata. Nie darzyła Natsu
żadnym uczuciem. Przed odejściem byli przyjaciółmi — tak rozpoczęła się ich
przygoda, tak trwała i w ten sam sposób zamierzała ją zakończyć.
Popatrzyła się na Natsu — na tę zwariowaną
twarzyczkę, która robiła dziwne miny w kierunku latającego wokół Happy'ego. Nic
się pod tym względem nie zmienił. Zawsze zostanie w nim odrobina dziecka.
— Nigdy nie doroślejesz, prawda? — Szturchnęła
go w bok. — Dzieciaczek.
Odeszła kilka kroków dalej, a potem pokazała mu
język.
Natsu zaklaskał, podbiegł do Lucy i chwycił ją w
swoje ramiona. Okręcili się parę razy. Świat kręcił się razem z nimi wraz z
blaskiem wschodzącego słońca.
— Nowy dzień, nowa przygoda, Ai! — ogłosił
Happy, przelatując nad Maurym, który rzucił swoją torbę na ziemię.
Tupnął głośno, wrzeszcząc:
— To nie jest zabawa.
Wybiegł przed wszystkich, po drodze popychając
Natsu i Lucy.
Natsu odstawił Lucy na ziemię. Oboje wpatrzyli
się w oddalającego Maurego. Ani Gray, ani Erza za nim nie podążyli. Stali przed
moment w miejscu, odprowadzając go wzrokiem.
— Zawiedliśmy go — zgadywała Erza.
— Bez przesady! — oburzyła się Lucy. — Przecież
to on uciekł. I co wy z nim macie? To dziecko, które trzeba wychować, a wy na
wszystko mu pozwalacie!
— A co ty wiesz o wychowywaniu dzieci? —
odkrzyknęła jej Erza.
Lucy się cofnęła. Odruchowo otworzyła usta,
chcąc wspomnieć o Nashi. W porę się powstrzymała.
— Mądrzysz się, jakbyś wszystko wiedziała —
mówiła dalej Erza. — Nie potrafię być matką! To dla mnie za trudne! Ale i nie
chcę zostawić tego dziecka samemu sobie!
— To co innego niż być matką!
— Przykro mi, że nic na ten temat nie wiem!
— Przepraszam — powiedziała Lucy, nim sprawy
zaszły za daleko.
W oczach Erzy zebrały się łzy. Przechyliła głowę
i otarła potajemnie łzy, udając, że wszystko jest juz w porządku.
— Ja też — burknęła. — Przepraszam. Masz rację.
Jestem złą matką. Nie wiem, jak powinna zachowywać się matka. Nie wystarczy
kochać? Być przy dziecku? — Zrobiła krok na przód w stronę Lucy. — Maury to
dziecko, które ktoś porzucił. Chciałabym mu dać wszystko, co ktoś mu odebrał.
Lucy cofnęła się, uciekając od Erzy. Maury
zniknął, a nikt z jego nowych rodziców za nim nie podążył. Nie wróci z własnej
woli, jeśli ktoś po niego nie pójdzie. To tylko dziecko — jak Nashi. Do tego
pozostawione samemu sobie i nigdy nie nauczone, jak należy postąpić.
— Dlaczego wy go w ogóle wzięliście ze sobą? —
zapytała ponownie.
— Czasami nie trzeba znać właściwych odpowiedzi,
żeby zrobić coś właściwego — tym razem odpowiedział Gray. Zacisnął sznur na
worku z jedzeniem i dorzucił go do stosu rzeczy, które zamierzali wziąć ze
sobą.
Lucy odwróciła się i pobiegła za Maurym, nie
zważając za podążające za nią krzyki Erzy i Graya. Natsu nie ruszył za nią,
choć podążył wzrokiem. I wahał się, czy powinien ruszyć jej z pomocą czy dać
wolną rękę z wiarą, że sama sobie poradzi.
Bez znaczenia dla Lucy.
Liczył się tylko Maury — chłopiec, którego
tajemnice zamierzała odkryć tu i teraz. Nie był zwyczajnym dzieckiem. Od
początku wydawało się jej nienormalne, by Erza z Grayem zeszli się, kiedy Juvia
i Jellal mieli swoje miejsce w ich sercach. A do tego nagła adopcja chłopca?
Wyciągnęła bicz i trzasnęła nim o skałę,
rozłupując jej kawałek. Rozległ się huk, który powinien dotrzeć do Maurego.
Dziecko uciekło, ale nie daleko. W tym rozciągniętym między miastami pustkowiu
trudno się ukryć. Jedynie Bard Town stało na drodze do większych skupisk ludzi.
Więc to tam podążył.
Lucy nie widziała miasta, a na mapie oznaczono
je w tej okolicy. Jednak w zasięgu jej wzrostu utkwiły tylko krótkie trawy.
Żadnych drzew ani krzewów, tym bardziej dróg czy znaków, wskazujących właściwy
kierunek.
— Na bogów! — wrzasnęła i odchyliła głowę do
tyłu, spoglądając w kierunku nieba.
Zniknęło.
Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Przetarła
powieki i kilka razy zamrugała, obawiając się, że może wpadła w pułapkę. Nie.
To było niebo, a raczej biała plama okalająca sklepienie nad nią, jakby ktoś
pomalował je białą farbą.
— Natsu? Erza? Gray? — wołała przyjaciół po
kolei i nic.
Przeszła jeszcze kawałek, uważając na każdy
stawiany przez siebie krok. Bała się, że uruchomiła pułapkę, przekraczając
granicę miasta, ale w takim razie, kto ją postawił i do czego właściwie
służyła? Zamknęła ją wewnątrz jakiegoś miejsca. Nieskończonego pustkowia? W jej
własnej wyobraźni? Skoro tak, to gdzie zmierzała ta pułapka? Czego jeszcze
mogła się spodziewać?
Usłyszała pukanie, jakby do drzwi.
Odwróciła się. Nadal tkwiła w tym samym miejscu.
— Proszę? — odpowiedziała, marszcząc czoło z
niepokoju.
Znowu ktoś zapukał.
Podążyła za dźwiękiem. Każdy jej krok był
miękki, delikatny. Wydawało się, że jej stopy stąpają po puchu, a nie twardej
ziemi, która przecież rozciągała się przez całe to miejsce.
Nagle wpadła w coś.
Krzyknęła.
Jej nogi zamoczyły się w gęstej, białej
substancji, która nagle pojawiła się wśród traw. Pochłaniała ją. Dlatego Lucy
przestała się szarpać. Sprawdziła, czy gdzieś obok jest cokolwiek, za co
mogłaby się chwycić.
Nic.
To pustka.
Zamachnęła się biczem i spróbowała złapać
czegoś, czego może nie widzi. Koniec bicza przeciął jedynie powietrze, a ona
zagłębiła się mocniej w białą maź. Ta substancja się uniosła. Lucu czuła, jak
otacza jej pas, potem talie, a na końcu złapała piersi.
Wierciła z nadzieją, że jakoś wyrwie się z
pułapki. Nie dała rady. Maź przysłoniła jej usta.
I moment później nastała ciemność.
0 Comments:
Prześlij komentarz