Czy
śmierć jest dla mnie tylko początkiem?,
spytała w myślach, stając w kącie kuchni, z którego miała najlepszy widok na
niewielkie pomieszczenie.
Nie żyła.
Od momentu, w którym pojawiła się w
nieznanym mieszkaniu, zdawała sobie sprawę, że zginęła. A nawet więcej, została
zamordowana. Nie potrzebowała akceptować prawdy, rzucać się w rozpaczy i pytać,
dlaczego śmierć spotkała właśnie ją, jakby już wcześniej pogodziła się z
własnym losem. Życie dobiegło końca, a wraz z nim odeszły ból i cierpienie,
pozostawiając jednak jej ducha w świecie żywych — w obcym mieszkaniu wśród
obcych ludzi i obok obcych myśli.
„Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka”
— rozbrzmiała piosenka w czarnym, starym radiu, którego antena ledwo mieściła
się pod półką na książki. Kobieta w średnim wieku pogłośniła muzykę i zatańczyła
wokół stołu, popijając wino o kolorze dojrzałej wiśni. Kieliszek zadygotał, ale
nawet kropla nie wydostała się na zewnątrz.
— „Agnieszka już dawno tutaj nie
mieszka” — zaśpiewała refren, choć piosenka doszła do kolejnej zwrotki.
Zakołysała ponętnie bioderkami, szczerząc się do ukochanego kieliszka. — Moja
piosenka! — krzyknęła, zaciskając pięść. — To o mnie śpiewają! — Zamknęła
powieki, równocześnie zaczesując palcami kasztanowe włosy do tyłu.
Nagle zachwiała się i uderzyła udem o
jedno z krzeseł. Syknęła z bólu, podskakując na prawej nodze. Kieliszek wypadł
z jej rąk, rozbijając na podłodze. Fragmenty szkła roztrzaskały się po całej
kuchni. Alkohol chlusnął na walające się po posadzce żurawie z papieru,
sklejając je do siebie.
— Cholera! Cholera! Cholera!
Rozmasowała obolałe miejsce, nadeptując
na resztki szkła ciapem. Odsunęła krzesło i rzuciła się na nie, wzdychając ciężko.
Słońce wyłoniło się zza chmur, a pojedyncze promienie padły prosto na nagrzaną,
zaczerwienioną twarz Agnieszki. Zasłoniła się gazetą, wbijając wściekłe
spojrzenie w okno.
— Robisz to specjalnie. — Wskazała
palcem jakby na słońce. — Nie oszukasz mnie. Nie będziesz mnie drażnić! —
wrzasnęła, gwałtownie odsuwając krzesło. — Nie będziesz mnie drażnić! —
powtórzyła jeszcze ostrzej.
Podbiegła do okna, spuszczając niebieskie
rolety aż do samego parapetu, na którym materiał zwinął się w rulon. Agnieszka
nie przestała mimo to.
Huknęło. Agnieszka rozejrzała się po
pomieszczeniu. Puściła plastikowe sznurki i cofnęła, zbierając dłońmi
powietrze, jakby czegoś szukała.
— Kochanie, gdzie jesteś? — spytała
pustki.
Pod stopą chrzęsnęło — nadepnęła na
kolejny kawałek szkła. Przyklęknęła, odgarniając fragmenty stłuczonego
kieliszka. Pochwyciła rodzinne zdjęcie, które spadło chwilę wcześniej i teraz
stało oparte o obleczoną drewnianymi panelami ścianę. Fotografia przedstawiała Agnieszkę,
mężczyznę, najpewniej jej męża, i półtoraroczne dziecko. Palcem dotknęła ramki,
uśmiechając się ciepło. Opuszkiem pogładziła miejsca, w którym znajdowało się
maleństwo. W oczach zabłysły łzy, gdy pocałowała zdjęcie. Zacisnęła usta w
wąską linijkę i odwiesiła ramkę na miejsce.
Postukała się o policzki, po czym
chwyciła za butelkę, wypijając duszkiem kilka łyków wina. Zakasłała, a potem
się skrzywiła.
— Gdzie jest moja piosenka?!
Radio zatrzeszczało w odpowiedzi.
— RAFAŁ! — zawołała skrzeczącym głosem.
— Rafał…
Mężczyzna wszedł do pomieszczenia,
witając się z żoną kiwnięciem. Przeszedł ostrożnie między kawałkami
potłuczonego kieliszka, zabierając ze sobą gazetę. Usiadł na drugie krzesło.
Rozpiął dwa guziki od eleganckiego, gładkiego garnituru i poluzował krawat w
kropki. Luźna koszula przykleiła się do brzucha, odciskając na sobie kształt
żeber. Rafał był chudy, wręcz za chudy na swój wiek. Policzki zapadały się,
jakby od dłuższego czasu niewiele jadł. Skóra już dawno wysuszyła się, a ciemne
bruzdy wypełniły przestrzeń pod oczami. W przeciwieństwie do żony — dobrze
odżywionej i wciąż trzymającej figurę— wyglądał na człowieka zmęczonego życiem,
który odliczał dni do nienadchodzącej emerytury.
„Bo w życiu piękne są tylko chwile” — w
starym radiu zabrzmiała piosenka Ryszarda Riedla, zakłócana co chwilę trzaskami
wydobywającymi się z głośników. Rafał uśmiechnął się ciepło, palcem wystukując
o stół rytm piosenki. Położył gazetę na stole i ostrożnie rozerwał na pół,
biorąc tylko fragment. Resztę odłożył na nienaruszone krzesło. Zgiął ją w
trójkąt i rozdarł jeszcze raz, pozostawiając kwadrat, który zaczął składać w
origami, najprawdopodobniej żurawia, sądząc po tworach walających się po
podłodze.
Agnieszka popatrzyła się na niego
krzywym okiem, kopiąc kawałki szkła. Odetchnęła ciężko, z trudem utrzymując
nerwy na wodzy. Wybuch zbliżał się, a odliczanie rozpoczęło w tym momencie.
Dlaczego
muszę przyglądać się ich cierpieniu?, pomyślała,
przestępując z nogi na nogę. Szukała sensu swojej obecności w tym miejscu, lecz
pomimo upływu czasu, znajdowała tylko kolejne pytania.
Rafał skończył żurawia, dołączając go
do kolekcji z podłogi.
— Jeszcze tylko osiemset trzydzieści… —
głos załamał mu się — dwa. — Dłoń zadrżała, gdy sięgnął po kolejny kawałek
gazety. — Już niedaleko do tysiąca — zwrócił się do Agnieszki.
Trzasnęła butelką o podłogę. Chwyciła
za nóż i wbiła go w stos gazet, wrzeszcząc:
— Znowu robisz to gówno?!
Agnieszka schyliła się, biorąc jednego
z żurawi. Zgniotła go w kulkę i rzuciła do drugiego pokoju. Złapała się za
blat, tracąc równowagę. Pot spłynął po jej zmęczonej twarzy, która się zaczerwieniła
z wściekłości.
Zasłonki zafalowały na wietrze, choć
kobieta zamknęła okno dawno temu. Ciemna, pokryta bruzdami ręka wyłoniła się
zza materiału, a zaraz za nią podążyła postać okryta szarym płaszczem. Długi,
szpiczasty nos wysunął się spod kaptura. Duch zawisł nad podłogą niczym nocna
zjawa, błądząc wzrokiem po całym pokoju. Dłoń powędrowała pod kaptur, a gdy ją
wyjął, na palcach trzymał kilka kropelek wody. Przybliżył się do Agnieszki.
Dotknął jej policzka, pozostawiając krople, jakby łzy. Rozpacz przyszła do
kobiety w moment. Rozpłakała się, przechodząc przez ducha i depcząc po
żurawiach.
Czy
jestem podobna do tego ducha?
Mrugnęła, a kiedy ponownie spojrzała, jego już je nie było. Nie znała przybyłej
istoty, lecz wydawała się tak samo niewidzialna jak ona.
— Uważaj trochę — zwrócił żonie uwagę,
choć wcześniej nie interesował się jej zachowaniem. — I dalej osiemset
trzydzieści dwa.
— Ja mam uważać?! — Oburzyła się. —
Wracaj do pracy, nierobie jeden! Musimy z czegoś opłacić rachunki i spłacić
pożyczkę.
Pociągnął nosem.
— Pożyczka była dla niej — wyszeptał. —
Chcieliśmy jej zrobić niespodziankę. Kupić dobry telefon.
— Zamknij się, błagam zamknij się. Jej…
— zdusiła w sobie słowa. — Jej już z nami nie ma.
Pył, czarny niczym smoła, pojawił się
znikąd. Otulił Agnieszkę, przyjmując postać dziecka. Słowa pocieszenia przeszły
bezgłośnie przez usta, idąc jak mrówki po nogach kobiety. Poruszyła się i
strąciła wszystkie. Dziecko wzdrygnęło się i uciekło, przemieniając w sowę.
— Kłamiesz — wysyczał przez zaciśnięte
zęby Rafał. — Nie rozpowiadaj takich kłamstw. Kornelia po prostu jest chora.
Jeszcze tylko osiemset trzydzieści dwa i wyzdrowieje — zapewnił stanowczym
tonem.
Agnieszka otworzyła usta i zamarła,
zduszając w sobie wszystkie słowa. Odwróciła się, zabierając nóż. Końcówkę ostrza
wbiła w opuszek palca, zaczynając nim kręcić, aż niewielka ranka pojawiła się na
powierzchni skóry. Rafał podziękował kiwnięciem i zabrał się za robienie
kolejnych żurawi.
Może
ja mam na imię Kornelia?, zaproponowała,
próbując przypomnieć sobie, czy tak ma na imię. Powoli zdawała sobie sprawę, że
nie pamięta nawet własnego imienia.
— Ona nie żyje — wyszeptała Agnieszka,
zamykając oczy. — Ona nie żyje przez ciebie.
Rafał zmarszczył brwi, lecz nie oderwał
się od pracy po usłyszeniu oskarżeń. Po prostu je przemilczał.
— Nic nie masz do powiedzenia? —
Pokręciła głową. — Naprawdę nic? — spytała błagalnym tonem.
Zaczekała chwilę na odpowiedź. Nie
dostała jej.
Ktoś zaśmiał się. Ten śmiech nie
należał ani do Agnieszki, ani do Rafała.
Z pokoju obok dobiegły kroki. Młoda
kobieta wyłoniła się zza ściany, wysuwając spod rękawa czarną, zmarszczoną
rękę, której palec wskazał na Rafała. Usta, wąskie i dziewczęce, poruszyły się,
wypowiadając wyliczankę. Palec powędrował ku Agnieszce, potem jeszcze raz
pokazał na Rafała, aż kobieta zamarła. Na słodkiej, niewinnej twarzyczce
pojawił się przerażający uśmiech. Zatańczyła w miejscu i nagle zawisła nad
głową Rafała. Przechyliła się na bok, zniżając aż do ucha mężczyzny. Rozchyliła
wargi i szepnęła kilka słówek.
— Nie było cię w domu. Całymi dniami
pracowałeś — zarzuciła mu Agnieszka.
— Kłamstwa — wysyczała przez czarne
zęby nieznana kobieta. — Co ta głupia wygaduje? — zapytała głosem miękkim, ale
sprawiającym, że włos się na głowie jeżył. — Za dużo gada, za dużo…
Rafał nadal milczał.
—
Zdarzało ci się nawet nie powiedzieć „cześć” córce — kontynuowała Agnieszka. —
Nie wiedziałeś, co się z nią dzieje. Nie zauważyłeś nic podejrzanego. A teraz
ona nie żyje… To twoja wina…
— CISZA! — wrzasnął, ciskając
niekończoną składankę na stół.
Za oknem coś trzasnęło. Zerwał się,
odsunął zasłonkę, zwinął rolety i zamarł. Prychnął pod nosem. Odwrócił się i
spojrzał na żonę z przymrużonymi z wściekłymi oczami.
— Moja wina — powiedział opanowanym
tonem. — Moja wina — powtórzył ostrzej. Wskazał palcem na żonę, zaciskając
zęby. — To twoja wina — wycedził przez nie.
— Kłamiesz!
— Ja pracowałem, to ty miałaś zajmować
się domem! — ryknął.
— Nie, ty śmieciu! Jak śmiesz mnie
oskarżać?! Zajmowałam się domem, ale Kornelia była dorosła!
— To co z tego?! Nadal była naszą
córką! — Uderzył się we własną pierś. — Nasze dziecko, a ty pozwoliłaś jej
umrzeć.
— Niech zamilczy — zaproponowała obca
kobieta, gładząc policzek Rafała.
— To twoja wina! Ty nieudacznik… — nie
dokończyła.
Rafał zacisnął pięść i przywalił nią w
twarz żony. Kobieta poleciała w stronę blatu kuchennego. Skronią odbiła się od
twardej powierzchni. Upadła i przestała się ruszać.
— Ko… Ko… Kochanie? — Nie umiał się
wysłowić. — Kochanie? — powtórzył. — Boże, co ja zrobiłem? — Zebrał włosy do
tyłu. — Nie, nie, nie! Błagam, pomocy! Pomocy, ktokolwiek!
Przyklęknął nad Agnieszką. Dotknął jej
zakrwawionej twarzy, delikatnie szturchając za policzek, by się obudziła. Nie zareagowała.
Chwycił za ścierkę i przycisnął ją do rany.
Młoda kobieta zeskoczyła na podłogę,
podskakując w miejscu. Zrobiła w powietrzu obrót i zatrzymała się, gdy rozległ
się stukot. Dobiegł z drugiego pomieszczenia. Starsza kobieta stuknęła laską o
ścianę. Jej smutne, pozbawione blasku oczy skierowały się na płaczącego Rafała.
Pochyliła głowę i załkała.
— Dlaczego czynisz tyle zła, moja droga
Ate? — spytała ciepłym, kojącym głosem.
Ate zacharczała niczym dzika bestia, po
czym przeniknęła przez zamknięte okno, uciekając.
Staruszka pokręciła głową. Nagle
skrzywiła twarz z bólu. Chwyciła się za prawą nogę i skuliła, szeptem
wypowiadając imię Zeusa. Wzięła głęboki wdech i zrobiła krok do przodu. Pot
spłynął po jej twarzy. Siwe włosy wyleciały, pozostawiając tylko kilka z nich
na poranionej głowie.
— Ją jeszcze można uratować — zwróciła
się do Rafała. — Wezwij karetkę.
— Karetka! — krzyknął i wybiegł z
pokoju po telefon.
Odetchnęła z ulgą, siadając na wolnym
krześle. Rozmasowała nogę, równocześnie poruszając nią, jakby sprawdzała, czy
już wszystko w porządku. Kiedy skończyła, spojrzała w kąt kuchni i westchnęła
ciężko, choć w jej oczach pojawił się blask. Łagodny, budzący zaufanie uśmiech przybył
wraz z chwilą, gdy wyciągnęła rękę.
— Kim jesteś, kochanie? — spytała ducha
stojącego w kącie.
Zamyśliła się. Już wcześniej zastawiała
się nad imieniem, ale nadal nie odkryła własnego. W myślach pozostało już tylko
jedno — to, które padło w trakcie kłótni Agnieszki i Rafała.
Zawsze podchodzę sceptycznie do nowych opowiadań, książek czy filmów i bywa, że no po prostu muszę się zmusić i przeczytać, by później było już tylko lepiej lub gorzej. Pierwszy rozdział zaintrygował mnie. Ciekawi mnie sytuacja głównej bohaterki, która jednak może mieć na imię Kornelia, co nie? Ogólnie podoba mi się, ale nie lubię jak na raz wprowadza się za dużo tajemnic, bo potem czytelnik ma pewne trudności z dobrym zinterpretowaniem tekstu, no ale mniejsza. Zobaczymy, jak to będzie potem.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Ja też zawsze tak robię. Lepiej miło się rozczarować niż odwrotnie.
UsuńNo może mieć, może. Jest na pewno jedną z dziewczyn, które zostały zamordowane.
I tak, wiem, jest dużo tajemnic, ale chyba taki mój styl. Poza tym prowadzę opowiadanie z punktu widzenia tej Kornelii, a tym samym ona jest równie mocno zagubiona jak czytelnik. I będzie jeszcze więcej tajemnic, choć mam nadzieję, że spokojnie się w nich ogarniesz ;)
Wielkie dzięki za komentarz :)
Na początku miałam wrażenie, że wszystko dzieje się zbyt szybko i jest pogmatwane. W miarę czytania jednak wciągnął mnie klimat, który zbudowałaś w tej scenie. Dużo tajemnic, papierowe żurawie ,krew i wino. Niepokojące postacie i duchduch , który nie wie kim jest. Spodobało mi się :)
OdpowiedzUsuńOj, tak, na pewno jest pogmatwane i dzieje się bardzo szybko, ale jakoś mam taki styl prowadzenia pierwszych rozdziałów. Mam nadzieję, że w kolejnych będzie troszeczkę lepiej :) Choć i tak pędzę. Nie mniej, świetnie, że się spodobało! Mam nadzieję, że kolejne rozdziały również przypadną do gustu :)
UsuńPozdrawiam
ROLAKA
Znam Twój styl, bo przybyłam tutaj z Wattpada i opowiadania SK :). Bardzo mi przypadł do gustu, bo lubię, kiedy ciągle coś się dzieje (chociaż czasem się gubię, ale wtedy wystarczy przeczytać ponownie). Niemniej jednak liczę, że nie zapomnisz też czasami o zwolnieniu akcji.
UsuńA i przepraszam za błędy w poprzednim komentarzu, pisałam na szybko z telefonu (wiem, żadne usprawiedliwienie).
Również pozdrawiam i do przeczytania pod następnymi rozdziałami. :)
Raz na jakiś czas na pewno będę zwalniać ;) Ale na pewno będzie to inna opowieść niż SK. Nie mniej, bardzo się cieszę, że tu jesteś!
UsuńI jakoś żadnych błędów nie dostrzegłam ;)
Pozdrawiam